Miś (original) (raw)

Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów

Stanisław Tym,
odtwórca głównej roli (2007)

Miś – komedia produkcji polskiej z 1980 roku, reż. Stanisław Bareja. Autorami scenariusza są Stanisław Bareja i Stanisław Tym.

– Babciu! Ja będę za Heroda!

– Za młody jesteś na Heroda.

– A co? Herod nigdy nie był młody?

– Nie!


– Bardzo porządna dziewczyna.

– Trudno, co robić.


Mężczyzna: Co jest?!

Mężczyzna 2: Nic, panie kierowniku! Oczko mu się odlepiło. Temu misiu.


Ryszard: Good morning! Ja… chciałbym… moje pieniądze… money… my money, tu umieścić… wasz bank… konto na hasło… Verstehen?

Pracownik londyńskiego banku (polski Żyd, emigrant): Dlaczego nie verstehen? My wszystko verstehen. Proszę bardzo, pan spocznie, pan usiądzie, pan poczeka, się załatwi…


– Hej, młody junaku, smutek zwalcz i strach,
Może na tym piachu za 30 lat,
Przebiegnie, być może, jasna, długa, prosta,
Szeroka jak morze Trasa Łazienkowska…

– A tego nie rozumiem… A dlaczego „być może”?

– No… „być może”, bo… on jeszcze nie wie…

– Dlaczego nie wie? No jak to – nie wie? Ty popatrz, bracie! No? Młody człowiek… chłopak, tak? Na warszawskim brzegu i dookoła pracują jego koledzy. Ty widzisz to? (…)
Przecież na tym piachu za 30 lat,
Przebiegnie, z pewnością, jasna, długa, prosta…


Kelnerka: Dwie kawy i dwie wuzetki… I co jeszcze?!

Kozeł: Dlaczego „dwie kawy i dwie wuzetki”?

Kelnerka: Kawa i wuzetka są obowiązkowe dla każdego! Bijemy się o „Złotą Patelnię”!

Miś: Dobrze! Pani pozwoli – dwa razy zestaw obowiązkowy.

Kelnerka: Szatnia też jest u nas obowiązkowa!


Ryszard: Najmocniej panią przepraszam, ale chciałem zapytać, o której odlatuje dzisiaj ten do Londynu 11:05?

Pracownica informacji na lotnisku Okęcie: A skąd ja mam wiedzieć?! No chyba o pierwszej.


Widz w teatrze: Niech się pan, z łaski swojej, odchyli troszkę, bo ja nic nie widzę.

Stach Paluch: To niech pan idzie do lekarza, od oczów.

Kobieta z widowni: Proszę pana, co pan się tak na mnie kładzie?

Widz w teatrze: Przepraszam.


Działacz: No pięknieś pan nam to wszystko wyśpiewał, panie Cwynkar.

Piosenkarz: Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam.


Ryszard: Powiedz mi, po co jest ten miś?

Hochwander: Właśnie po co?

Ryszard: Otóż to, nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji – który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu, i co się wtedy zrobi?

Hochwander: Protokół zniszczenia...

Ryszard: Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach.


Urzędniczka na poczcie: Ro-me-czku, przy-jazd nie-aktu-alny. Ca-łuję Rysiek.

Ochódzki: Bardzo żałuję. Nie chodzi mi o mnie. Chciałem, żebyś ty zagrała u Romka.

Kozeł: Misiu, Misiu wymyśl coś. Ty jesteś taki mądry.

Urzędniczka: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak…

Ochódzki: Ale Londyn – miasto w Anglii.

Urzędniczka: To co mi pan nic nie mówi?!

Ochódzki: No mówię pani właśnie.

Urzędniczka: To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć, gdzie to jest. Cholera jasna… depesze… pani kierowniczko…


Ryszard: No ale… A ty skąd wiedziałaś, że mnie zastaniesz… przecież wiedziałaś, że wyjeżdżam.

Była żona Ryszarda: Przechodziliśmy, po prostu i wpadliśmy.

Ryszard: Jak to – przechodziłaś?!!! Z tragarzami?

Minister: Taa!! Przechodziliśmy. Z tragarzami. Bardzo cię polubiłem, chłopie.


Milicjant: No, długo jeszcze będziecie siedzieć?!

Więzień w toalecie: Piętnaście lat, ale będę apelował!


– Ona jest bardzo dobra ta koncepcja, ale dlaczego on ma pruski mundur na sobie?

– Pruski, bo to jest dziedzic pruski.

– Mam napisane w scenopisie, wchodzi dziedzic pruski.

– Pruski, Pruski, bo on się nazywa Pruski, Wawrzyniec Pruski, polski dziedzic!


Węglarz Tłoczyński: Ona nie może się tak nazywać: Tradycja!

Tata Tradycji: Dlaczego niby?

Węglarz Tłoczyński: Pytasz, dlaczego? No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.


Stuwała: Pani da dwa misie. Tego rudego i tego w czerwonej czapeczce.

Ekspedientka: Jem przecież!


– Pani Iwonko! Pani wytrze tę szminkę, bo klient znów się będzie pieklił.

– Trzeba dać napis, żeby wpuszczać tylko w krawatach. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się.


– Pani Zosiu, pani Zosiu, pani pozwoly.

– Co?

– O, pani zobaczy.

– A, ja wiem co to jest. Ja przedtym 20 lat w innym teatrze też pracowałam. To tam jeden taki krytyk napisał, że na przedstawieniu, jak był to wyrwał sobie wszystkie włosy z głowy.

– To pani myśli, że to też on?

– Nie, jakiś inny, tamten sobie już wyrwał.


Matka Robusia: Panie reżyserze kochany! Ja to pana widziałam we wszystkich filmach: i polskich, i zagranicznych, i amerykańskich… Ale tego łobuza, to żeby mu nie dać ani grosza, albo lepiej mnie wszystko wysłać. Bo on do mojej siostry (do tej suki) uciekł. A przecież to jest jego dziecko. W sądzie był. Mówi, że w więzieniu siedział. A przecież jak dwa razy byłam u niego… No to czyje to może być dziecko jak nie jego? Tego łobuza, Robuś, poświadcz, żeby nie była nasza krzywda, no powiedz: Kto to jest?

Robuś: Tatuś.

Matka Robusia: Tatuś. Tata…


Pediatra: Przepraszam pana… Przepraszam pana…

Ryszard: Dziękuję.

Pediatra: Jestem lekarzem pediatrą.

Ryszard: Jaa… przecież… syn… tłumaczę panu!

Pediatra: Ile waży syn?

Ryszard: Dwanaście kilo.

Pediatra: Dwanaście?! Słuszną linię ma nasza władza.


– Przepraszam pana! Za czym ta kolejka?

– Do „Ostatniej paróweczki”, proszę panią.

– Eee… To już dla mnie nie starczy


– Przepraszam, że przeszkadzam.

– Nie, wcale nie przeszkadzasz. Misie zapakowane?

– Tak.

– Ile weszło?

– No, jak zwykle.


– Przywieźli wyngiel! Wyngiel!! Wyngiel je we wiosce!

– Wojna bedzie… Przed wojną tyz był.


– Puree ze smalcem.

– Nie ma smalcu, z dżemem są puree!

– Dobrze, niech będą…


— Który masz numerek?

— Siedemdziesiąty ósmy

— A ja siedemdziesiąty czwarty tylko w kiblu byłem


– Sam pan może zmierzyć, jeśli milicji pan nie wierzy.

– Wierzy, panie milicjancie, on we wszystko wierzy! Bóg mnie pokarał takim głupim chłopem!


– Szukamy pana Palucha.

– Słucham…

– Pan się nazywa Paluch?

– Tak, a bo co?

– A może pan ma brata, panie Paluch?!

– Panowie pozwolą… że się… przedstawię… Zdzisław Dyrman… zasadniczo…

– Pan Hochwander, Chrostowicz.

– Proszę siadać!

– Szukamy pana Palucha!

– Stanisława, Stanisława Palucha…

– Zosiu!!!

– Yyhymm…

– Jest Stach?!

– Yyhymm… Stasiek! Milicja do ciebie!

– Panowie pozwolą… moja żona… Zofia!!!

– Tu za te choinki, dola.


– Teraz jest wojna. Kto handluje, ten żyje. Jak sprzedam kaszankę, słoninę, rąbankę, to bimbru się też napiję. Spod serca, kap, kap, słonina i schab, salceson i dwa balerony…

– Widzisz, synku? Tak wygląda baleron!


– Ty, co on za jeden?

– Kierownik produkcji, Hochwander. Przyszedł z kobitą i szpanuje. No, kończ Władziu i robimy…


Kierowca: Wczoraj jechałem tędy, tych domów jeszcze nie było.

Milicjant drogówki Szczupak: Tak mówicie? A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był. To wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!

Kierowca: Jak ja mogę przejechać matkę na szosie, jak moja matka siedzi z tyłu?

Milicjant drogówki Szczupak: Halo, tu „Brzoza”, tu „Brzoza”. Źle cię słyszę. Powtarzam. Powiedział, że matka siedzi z tyłu… „Matka siedzi z tyłu!” Tak powiedział!


– Z biletami wpuszczamy. Proszę bardzo.

– Dziękuję.

Bileter zatrzymuje syna

– Ale ja mamę odprowadzam!

– Chwileczkę. Zajrzę do instrukcji. Mmm, maa… maaa, matka. Matkę możecie pożegnać machaniem z tarasu widokowego.

Syn z matką zbliżają się do tarasu widokowego i widzą wywieszkę.

– Przepraszamy. Taras widokowy nieczynny. Najbliższy czynny taras widokowy dla odprowadzających we Wrocławiu!

– A może ty byś poleciał synku?

– Przecież to mama ma mieć operację! A nie ja!!